4. Regeneracja po porodzie naturalnym. W regeneracji po porodzie siłami natury (poród SN) istotną rolę odgrywa: odpowiednia pielęgnacja krocza (higiena intymna, dostęp do świeżego powietrza, przewiewna bielizna wykonana z naturalnych materiałów), korzystanie z prysznica, unikanie długich kąpieli, powstrzymywanie się od Żona Bartosza Kurka pokazuje brzuszek tydzień po porodzie. Żona Bartosza Kurka ma 4 wózki. Zaskakujące słowa żony Zenona Martyniuka. "BRZYDZĘ SIĘ TOBĄ" Małgorzata Rozenek chwali Żona postanawia się jednak wyprowadzić. Powoli zaczyna układać sobie życie samodzielnie. Wówczas przeprowadzka może być uznana jako argument do przypisania winy żonie. To zachowanie może być potraktowane przez sąd jako porzucenie rodziny. Zobacz także: Podział majątku po rozwodzie – dom . Przyczyny wyprowadzki przed rozwodem Uważa, że to zniszczy nasz związek". "Mąż nie chce być przy porodzie naszej córki. Uważa, że to zniszczy nasz związek". "Nie mam zamiaru oglądać tego porodu, to jest makabryczne. Będą przecież tam specjaliści. Uważam, że to zniszczy nasz związek" - tak wygląda rozmowa z moim mężem na temat zbliżającego się porodu. Gość nie chcę żony z wiadrem Goście; Także widzisz, po porodzie kobieta przeistacza się w królicę, której celem jest płodzenie i siedzenie w domu. Masz tu dobry przykład, szkoda Regularne wizyty u lekarza ginekologa nie powinny minąć wraz z zakończeniem ciąży. Bardzo ważne jest odwiedzenie swojego lekarza po upływie kilku tygodni po porodzie, aby upewnić się, że Twoje ciało wraca do stanu sprzed ciąży. Są jednak sytuacje, gdy nie należy czekać z wizytą kontrolną do końca połogu, lecz natychmiast 0IP59XB. Z takim podejściem to ty albo jesteś nieodpowiedzialna albo masz jakieś złe wzorce albo poprostu jesteś poddatna na takie pierd... innych ludzi! Ciąża to jest coś niesamowitego, coś wyjątkowego, coś pięknego, coś co dostarcza niesamowitych wrażeń, doznań, wspomnień, to jest początek nowego życia malusieńkiego człowieczka który obdarzy was miłością bezwarunkową! Ja nigdy nie słuchałam się nikogo i nie dopytywałam odnośnie ciąży, burzy hormonów, porodu itp nawet słuchać mi się tego nie chciało i wiesz co ci powiem? Bardzo dobrze zniosłam ciąże, nie leżałam tyłkiem do góry i nie wytłumaczałam się że to przez ciąże, prowadziłam aktywny tryb życia, z różnych opowieści o ciąży i porodzie poprostu się śmiałam i nadeszła ta godzina zero, nawet przez głowe mi nie przeszło żeby płakać czy krzyczeć- jeszcze się uczesałam, jeszcze się perfumkami delikatnie psikłam a dalej to tak szybko poszło, bez jakichś specyfików znieczulających, w szpitalu a nie prywatnej klinice- że byłam pod ogromnym pozytywnym wrażeniem :-) Zdaję sobie sprawę że są różne przypadki i każda ciąża jest inna- ja piszę o sobie a tobie radzę zmienić nastawienie bo inaczej to nigdy nie będziesz miała dzieci! [post archiwalny] Ten post zapewne by nie powstał, gdyby nie moja dzisiejsza wizyta w szpitalu na oddziale patologii ciąży. Spędzę tutaj najbliższe kilka dni i mam nadzieję już więcej nie być świadkiem podobnych sytuacji. Sytuacji, które każą mi wątpić w niektóre kobiety jako istoty myślące i godne tego, aby nosić w sobie inne życie. Zazwyczaj nie przysłuchuję się dialogom innych ludzi. Szczególnie w miejscach takich jak przychodnie, szpitale czy gabinety lekarskie. To tam poruszane są nasze mniej lub bardziej intymne sprawy i czułabym się nieswojo biorąc w tym bierny lub nawet czynny udział. Zresztą, sama nie chciałabym aby inni przysłuchiwali się moim historiom. Tym razem jednak nie miałam wyboru. Ulokowali mnie w trzyosobowej sali. Podłączono mnie do maszyny KTG i byłam uziemiona na dobre 40 minut. W międzyczasie do mojej współlokatorki dzielącej tę samą salę przyszedł anestezjolog i pielęgniarka, i zaczęli przeprowadzać wywiad lekarski. „Fuck…Tylko nie to…” – pomyślałam. Ani nie mogę opuścić sali, ani zatkać uszu, bo dostałam instrukcję, aby jeden z koniuszków urządzenia podtrzymywać cały czas przy brzuchu. Sytuacja w moim odczuciu fatalna, bo będę świadkiem rozmowy, która zupełnie mnie nie interesuje. Trudno. Przełknę to jakoś. Zdarza się. „Która ciąża? Który poród?” – pyta pielęgniarka. „Warunki w domu są na jakim poziomie?” „Przyjmuje Pani jakieś leki?” „Z jakich wskazań były poprzednie cesarskie cięcia?” I tak dalej, i tak dalej. Zestaw pytań się rozkręcał a ja śpiewałam w międzyczasie w myślach beatlesowski „Yellow Submarine”, aby nie słyszeć, co koleżanka z prawej ma do powiedzenia. Starałam się z całych sił przy akompaniamencie urządzenia, do którego byłam podłączona. „Pali pani papierosy?” „Tak.” – odparła. Że co proszę?! Ocknęłam się jak ze złego snu. Ona tego nie powiedziała. No nie. Nie mogła tego powiedzieć. W ciąży papierosów się przecież nie pali. Nie wolno. To zbrodnia na sobie i nienarodzonym dziecku. Musiałam się przesłyszeć. Sama 4 lata temu zerwałam z nałogiem na rok przed planowaną pierwszą ciążą. „Jak dużo pani pali?” „Paczkę, czasami półtorej paczki dziennie.” Nie przesłyszałam się jednak! Ona, do jasnej cholery, naprawdę pali! Ona truje to swoje kochane, małe dziecko, które zamieszkuje jej łono, i jest w stanie odważnie przyznać w towarzystwie innych ludzi, że nie ma skrupułów je pomału zabijać i podduszać! Miałam ochotę wstać i wykrzyczeć jej te wszystkie swoje myśli prosto w twarz. Miałam ochotę nią potrząsnąć! Miałam ochotę podejść do niej i zacząć ją miarowo podduszać i zabierać pełne oddechy, aby poczuła to, co czuje ten mały człowiek, który w niej rośnie! „Próbowała pani przestać palić?” – zapytał bez większych emocji lekarz. „Tak, ale było mi trudno z tym zerwać. Wie Pan. To nie jest takie łatwe, jak by się mogło wydawać. Zresztą, paliłam w każdej poprzedniej ciąży. Taki mój mały grzeszek. ” – odparła tym samym, spokojnym i wyprowadzającym mnie z równowagi tonem. Próbowałaś, do cholery?! Jak próbowałaś rzucić te fajki, skoro nadal palisz?! Ty nadal palisz ponad paczkę dziennie! Ćmisz trując przy tym nie tylko siebie, ale także dziecko, któremu nie pozostawiłaś wyboru! Czy Ty rozumiesz, że przez Ciebie [bo nikogo innego winić nie można!] ten mały bąbel będzie zapewne mniejszy od swoich rówieśników i już na starcie uśmiercasz w nim te miliony cudownych neurologicznych połączeń, które przecież mają go nieść przez życie całe jak na skrzydłach?! Dlaczego, powiedz mi?! Dlaczego to robisz? Jak śmiesz to robić i jeszcze otwarcie o tym mówić? Za podduszanie i umyślne szkodzenie zdrowiu i życiu narodzonych istot już dawno ktoś próbowałby wyciągnąć z tego tytułu konsekwencje prawne. Tymczasem Ty masz w sobie to piękne i bezbronne stworzenie, i szkodzisz mu jak tylko potrafisz najgorzej! Nie mogłam się z tego otrząsnąć. Wezbrała we mnie nienawiść do tej kobiety. Brzydzę się ludźmi, którzy szkodzą innym i otwarcie się do tego przyznają. Ciśnienie mi się podnosi i chciałabym zmusić ich do tego, aby wreszcie przestali. Ale cóż mogę ja? Przecież jestem jakimś tam pionkiem, któremu przyszło tylko obserwować i wkurzać się. Wywiad lekarski trwał w najlepsze. Zszedł już teraz na bardziej medyczne, stricte przedoperacyjne tory. Uzgodnili jakiego znieczulenia życzy sobie pacjentka i pożegnali się. A my zostałyśmy same w sali. Krótkie pukanie do drzwi i wszedł partner mojej współlokatorki. „To co, wychodzimy?” – zapytał ją szybko, trzymając paczkę szlugów w ręce. „No, tylko zarzucę na siebie szlafrok. Masz zapalniczkę?” – zapytała kobieta. Na moje oko 35-40 letnia. Czyli drań jeden wie, że jego kobieta pali! I wie, że jego dziecko jest notorycznie trute tym tytoniowym paskudztwem! Co więcej, nie jest w stanie wpłynąć na jej zachowanie a wręcz zachęca ją do tego, aby razem truli to maleństwo! Mam ochotę stąd wyjść! Mam ochotę uciec jak najdalej, bo w głowie mi się to wszystko nie mieści. Ciemnogród. Głupota. Totalny brak odpowiedzialności. Egoizm najgorszej postaci! To jest tak cholernie niesprawiedliwe! „Słyszałam, że palisz. Wiesz, a próbowałaś już może akupunktury?” – próbuję nieśmiało zagadać. „Słyszałam na przykładzie moich znajomych, że to naprawdę pomaga.” – nie odpuszczam, próbując ciągnąć ten wątek, choć w głębi duszy wiem, że moja gadka skazana jest na porażkę i zostanie olana. „Czego to ja nie próbowałam, kochana.” – i wyszła na kolejnego dymka zabijając przy tym moją nadzieję na to, że jestem w stanie cokolwiek zmienić w jej postępowaniu. W tym momencie poczułam się jak taki mały żuczek, nie nie znaczący człowieczek, którego ściska w środku na myśl o tym, jak bardzo ktoś szkodzi temu maluszkowi, jednocześnie nic nie mogąc z tym zrobić. Realnie nie mogę nic. Widzę jak ktoś wyrządza komuś niewyobrażalną krzywdę, co jest tolerowane w środowisku lekarskim. W środowisku, które w moim odczuciu powinno zareagować. Zaproponować tej kobiecie pomoc. Wezwać kogoś, kto wytłumaczyłby jej szkody, które wyrządza temu dziecku i zaproponowałby jej rozwiązania, wskazał drogę ku lepszemu. Tymczasem ze strony lekarza nie wyszedł najmniejszy ruch, by spróbować pomóc dziecku i jego matce. Znieczulica? Brak instrumentów pomagającym w walce z tego typu nałogami u ciężarnych? A przecież ten mały człowiek jest nie tylko zatruwany, narażany na kontakt z rakotwórczymi substancjami, ale również otrzymuje wraz z krwią mniej składników odżywczych i o 25 proc. mniej tlenu! To tak jakby ktoś trzymał na Waszych gardłach ręce i zabierał Wam 1/4 wdechu! „Tworzysz coś co jest doskonałe w swojej istocie, i zabierasz mu tę doskonałość zanim ujrzy ona światło dziennie… To zbrodnia.” Popęd seksualny ma swoje podłoże hormonalne i podlega cyklicznym przemianom, w zależności od różnych etapów cyklu miesiączkowego kobiety. Wraz ze wzrostem stężenia estrogenów we krwi, wzmaga się napięcie seksualne, obniża się pobudliwość na bodźce seksualne. Gdy nie dochodzi do kontaktu seksualnego na skutek braku partnera, napięcie seksualne kumuluje się, czego konsekwencją jest uruchomienie wyobraźni erotycznej i fantazji seksualnych, co skłania do podejmowania zachowań autoerotycznych. Masturbacja samotnych kobiet jest wyborem pomiędzy całkowitą abstynencją seksualną i kumulowaniem się napięć seksualnych, a rozładowaniem potrzeby seksualnej w sposób naturalny, co zapewnia dobre samopoczucie i wpływa pozytywnie na ogólny stan zdrowia. Odrzuć negatywne myślenie o masturbacji, jak o czymś negatywnym: "od 13 lat tkwię w nałogu masturbacji (...) Próbowałam niejeden raz zerwać z tym, ale nie udaje mi się to" - w Twojej sytuacji jest to optymalna forma rozładowania napięcia seksualnego. Regularna masturbacja sprzyja prawidłowej kondycji narządów płciowych, wzmacnia układ krążenia, działa antydepresyjnie. Na świecie masturbacja u kobiet jest znacznie powszechniejsza niż w Polsce i rzadko bywa powodem wstydu. Z danych publikowanych w różnych raportach seksuologicznych wynika, że około 80 proc. kobiet uprawia seks w pojedynkę, 68 proc. z masturbujących się kobiet jest zamężnych, 26 proc. kobiet przed czterdziestką korzysta podczas masturbacji z wibratora, 10-15 proc. kobiet jest w stanie szczytować tylko podczas masturbacji. Postaraj się zaakceptować samą siebie. Dr Andrzej Depko Specjalista seksuolog, Kierownik Poradni Seksuologicznej, biegły Sądu Okręgowego w Warszawie z zakresu seksuologii, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. Jest członkiem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego i Europejskiego oraz Światowego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. Uwielbia podróże, z których przywozi kolejne rzeźby i figurki ukazujące, że bez względu na szerokość geograficzną i kontynent ludzie jednakowo lubią "te rzeczy". fot. Adobe Stock, New Africa Jestem najstarsza z trójki rodzeństwa. Agnieszka jest cztery lata młodsza, a Patryk jest między nami. Taki rodzynek w babskim świecie. Kiedy ojciec od nas odszedł, Patryk miał pięć lat i chyba go nawet za dobrze nie pamięta. Wychowywały nas mama i babcia, a często pomagała też młodsza siostra babci, Jadwiga. Mama mówiła do niej ciociu, więc i my zaczęliśmy ją tak nazywać i już zostało. Najczęściej jednak nazywaliśmy ją Wija. Kiedy Aga była mała, nie potrafiła wymówić jej imienia i tak powstała ta zabawna ksywka. Mama nie wyszła drugi raz za mąż. Jeśli nawet zraziła się do małżeństwa, to tylko do swojego Cały czas podkreślała, że marzy o wspaniałych mężach dla mnie i dla Agi oraz dobrej żonie dla Patryka. Nieoczekiwanie, pierwsza jej marzenie spełniła nasza mała siostrzyczka. Ledwie skończyła 19 lat, zakochała się na zabój i przyjęła oświadczyny Kuby, który był równie zwariowany na jej punkcie. Ja i brat nie mieliśmy tak wielkiego parcia na zakładanie rodziny. Dobrze nam było w domu. Mamę to martwiło. – Madziu – mówiła ze smutkiem – już chyba nie doczekam twojego wesela. Kiedy wreszcie przyprowadzisz chłopaka? – Mam czas – machałam ręką. – Nie bardzo – kręciła głową z powątpiewaniem. – Masz już 26 lat. – U nas zawsze się mówiło – wtrąciła się kiedyś babcia – że dziewczyna po dwudziestce to już po drugiej przecenie. – Poczekam na wyprzedaż – odburknęłam i wyszłam z domu, żeby urwać ten temat. Jak znam życie, po moim wyjściu przerzuciły się na naszego rodzynka Od kilku tygodni spotykałam się z Marcelem, ale nie chciałam go na razie przyprowadzać do domu. Bałam się, że może nie przetrwać krzyżowego ognia pytań, jakie z pewnością mają przygotowane mama, babcia i Wija. Nasz związek nie był może zbyt płomienny, ale dobrze nam było ze sobą. Pasowaliśmy do siebie pod każdym względem. W duchu cieszyłam się, że Marcel nie naciska w sprawach seksu. Postanowiliśmy z tym poczekać do ślubu. Kiedy przyjęłam oświadczyny Marcela, nadszedł czas, żeby nasze rodziny się poznały. Moje trzy „czarownice” potraktowały go dość łagodnie i chyba nawet polubiły. Rodzice Marcela byli mną zachwyceni i obiecywali nam złote góry, jeśli tylko obdarzymy ich wnukami. Mając jedynaka, tylko z tej strony mogli spodziewać się „następcy tronu”. Mieli na tym punkcie obsesję, bo stale powtarzali, że na Marcelu spoczywa obowiązek zachowania rodzinnego majątku i, co najważniejsze, nazwiska. Nie wiedziałam dokładnie, o jak wielki majątek chodzi. Musiał być spory, bo Marcel z wyjątkowym zapałem zabrał się do zapewnienia dziadkom upragnionego wnuka. Pół roku po ślubie ogłosiliśmy z dumą, że spodziewamy się dziecka. Od tego czasu nasze życie erotyczne praktycznie zamarło. Marcel tłumaczył to tym, że musimy dbać o moje zdrowie i postępować tak, żeby nie zaszkodzić dziecku. Nie jestem jakaś niewyżyta, ale brakowało mi seksu, a tak daleko posunięta ostrożność wydawała mi się przesadzona. Kilka razy próbowałam sprowokować męża do zbliżenia, ale bezskutecznie Zawsze potrafił się wywinąć. Raz mi się nawet udało, ale miałam wrażenie, że Marcel nie kocha się ze mną, ale odwala pańszczyznę. Próbowałam sobie tłumaczyć, że może w ciąży nie jestem dla niego atrakcyjna i wszystko wróci do normy, kiedy już dziecko przyjdzie na świat. Kiedy urodził się Antek, rodzina oszalała. Plus był tego taki, że więcej osób chciało opiekować się maleństwem, niż było potrzeba. Kiedy po kilku miesiącach przestałam karmić piersią, nie musiałam być stale przy dziecku. Mogłam sobie pozwolić na odpoczynek, kosmetyczkę, fryzjera i basen. Miałam wrażenie, że wszystkie trzy babcie (Wiję zaliczam do tego grona) tylko czekały na moje kolejne wyjście, żeby po swojemu zajmować się malcem. Marcel prawie do małego się nie zbliżał. Zaraz po porodzie oznajmił, że zmienił pracę i teraz będzie sporo wyjeżdżać. Przez kolejne miesiące coraz mniej czasu spędzaliśmy razem. Czułam, że nasze małżeństwo przechodzi kryzys. Gdzieś w tyle głowy zalęgła się myśl, że mój małżonek po prostu ma kochankę. – Wynajmij detektywa – radziła mi siostra, której zwierzyłam się z podejrzeń. – Jakiego detektywa?! – prychnęłam. – To nie amerykański serial. – To poproś kogoś, żeby go śledził – poszła na kompromis. – Kogo? – zapytałam wkurzona. – Może ciebie?! – Patryczka – zaproponowała. – On i tak nic nie robi, a jak obiecasz mu parę złotych, to przyssie się do Marcela jak pijawka. To był niezły pomysł. Patryk stale cierpiał na brak kasy, ale nie kwapił się, żeby na nią zapracować. Był tak rozpuszczony, że każdy jego wybryk był mu wybaczany. Studiował już na trzecim kierunku i zanosiło się na to, że i tym razem nie dojdzie wyżej niż do drugiego roku. – Życie trzeba smakować, siostra – mówił z wyraźnym znawstwem tematu. – Ciężka praca nie popłaca. Do szału doprowadzały mnie te jego złote myśli. Ciekawe co zrobi, jak mamusia i babcia przestaną finansować jego tryb życia. Pewnie znajdzie sobie jakąś naiwniaczkę, która poleci na jego blond loczki i będzie pracować na leniwego cherubinka. Na razie ja postanowiłam zasilić kasę tego nieroba, korzystając z rady siostry. Może rzeczywiście czegoś się wreszcie dowiem. – Nie ma problemu – ucieszył się mój braciszek, kiedy mu wyłuszczyłam sprawę. – Już ja go na krok nie opuszczę – śmiał się. Pod koniec tygodnia okazało się, że mój nieoceniony brat wziął się do realizacji zadania i namówił Marcela na ryby. Mieli pojechać do domku teściów na Mazurach i spędzić tam trzy dni. – Należy mi się wypoczynek – zakomunikował Marcel. – Haruję jak wół cały tydzień – dodał jakby w obawie, że będę miała coś przeciwko ich wyprawie. Nie tylko nie miałam, ale wręcz ucieszyłam się. Może przy piwku otworzy się przed szwagrem i dowiem się, z kim mnie zdradza. Bo że zdradza, nie miałam najmniejszych wątpliwości. Jeśli młody, zdrowy facet unika seksu i czułości ze strony żony, musi to sobie gdzieś rekompensować. Na miejsce dotarłam po dziesiątej, ale moi panowie chyba jeszcze nie śpią… Wyjechali w piątek po południu. Zadzwoniłam do Agi i chciałam się z nią umówić na sobotę, ale cały weekend mieli z mężem malować mieszkanie. No trudno, będę się nudzić sama w domu. Pół soboty spędziłam na chodzeniu z kąta w kąt. Antka zabrali dziadkowie na nocowanie, mama z Wiją pojechały na jakąś pielgrzymkę, a babcia szykowała się do wyjścia do klubu seniora. Słyszałam kiedyś, jak mama z Wiją szeptały, że ma tam jakiegoś absztyfikanta i dlatego tak chętnie chodzi na wszystkie klubowe imprezy. – Magdusia – zawołała moim dziecięcym zdrobnieniem – a co ty tak krążysz po domu? Weź auto i jedź do chłopaków na Mazury. Ryb z nimi nie połowisz, ale chociaż odetchniesz świeżym powietrzem. Że też sama na to nie wpadłam! Lepiej spędzić czas nad jeziorem niż w dusznym domu. Spakowałam się w kwadrans. – Kochana jesteś – ucałowałam babcię w policzek. – W nagrodę po drodze podrzucę cię do tego klubu, żeby ci się fryzura nie zepsuła – puściłam do niej oko . Normalnie podróż powinna mi zająć około trzech godzin, ale trochę się przedłużyło. Najpierw był korek przy wyjeździe z Warszawy, potem zgłodniałam i zatrzymałam się w uroczej karczmie na obiad. W rezultacie na miejsce dotarłam dopiero po 22. Moi panowie chyba jeszcze nie śpią – pomyślałam. Kiedy wysiadłam z samochodu, owładnęła mną wszechogarniająca cisza. Drzwi do domku były otwarte. Na stole stała niedokończona butelka wina i dwa kieliszki. Z góry dobiegały jakieś szepty. Nagle usłyszałam śmiech Marcela. Chyba z sypialni. Dwoma susami pokonałam schody, z impetem otworzyłam drzwi i… zamarłam. Kiedy oprzytomniałam, wybiegłam z domu i pobiegłam w stronę samochodu. Muszę jak najszybciej opuścić to miejsce! Kiedy otwierałam drzwi auta, dogonił mnie Marcel. – Poczekaj! – poprosił. – Wszystko ci wytłumaczę. – Naprawdę możesz mi to jakoś wytłumaczyć?! – syczałam jak żmija. – Zastałam cię w łóżku z moim bratem! – krzyknęłam i zaczęłam spazmatycznie płakać. – Bo ja… bo my… – jąkał się. – My się kochamy. Widząc moją skrzywioną bólem twarz, chciał mnie chyba jakoś pocieszyć, ale przyniosło to odwrotny skutek. – Nie dotykaj mnie! – szarpnęłam się. – Brzydzę się tobą. Od dawna to trwa? – Jesteśmy ze sobą trzy lata – powiedział cicho. – Trzy lata?! – nie mogłam ochłonąć ze zdumienia i wściekłości. – Przecież my jesteśmy półtora roku po ślubie. Dlaczego się ze mną ożeniłeś, skoro wolisz facetów?! – Rodzice cały czas suszyli mi głowę o żonę i potomka. Nie wiedzieli, jaki jestem, a ja nie miałem odwagi im o tym powiedzieć. – Więc posłużyłeś się mną jak parawanem… – kręciłam głową z niedowierzaniem. – Żeby ukryć swoją prawdziwą naturę. Ukartowaliście to razem z Patrykiem. Nic nie odpowiedział, tylko smętnie pokiwał głową. Marcel i Patryk podobno wyjechali do Holandii Teraz rozumiem, dlaczego mój braciszek nie spieszył się z kończeniem studiów, nie szukał pracy. On po prostu postanowił być utrzymankiem. I to mojego męża! Nieźle to sobie wykombinowali. Marcel wiedział, że rodzice nie dadzą mu grosza, jeśli nie zapewni im potomka. Okazało się, że to Patryk podsunął mu rozwiązanie. I tak wszyscy na tym skorzystali. Rodzice Marcela mieli upragnionego wnuka, Marcel kasę, a Patryś bogatego kochanka. Tylko ja czuję się jak idiotka! Wsiadłam do samochodu i wróciłam do domu. Postanowiłam o wszystkim opowiedzieć teściom. Niech przynajmniej wiedzą. – A więc jednak – szepnęła teściowa, patrząc z bólem na męża. – Co to znaczy? – byłam w szoku. – Wiedzieliście?! – Obawialiśmy się tego – zaczął teść – ale ślub z tobą i mały Antek przekonały nas, że się myliliśmy. Wyszłam z pokoju, nie mogąc patrzeć na cierpienie rodziców Marcela. Wszystkie ich nadzieje, że syn nie jest gejem, legły w gruzach. Teraz już nawet nie będzie musiał się ukrywać, skoro wszyscy wiedzą. Marcel zniknął z mojego życia. Wyjechali z Patrykiem, podobno do Holandii. Teściowie bardzo mnie wspierają. Zmienili też testament. Połowę majątku zapisali wnukowi, resztę mnie. Protestowałam, ale powiedzieli, że to tylko ułamek tego, co chcieliby dla mnie zrobić, żeby zrekompensować mi to, przez co przeszłam. U nas w domu nie mówi się o tej sprawie. Jest tak, jakby Patryk nie istniał. Tęsknię za bratem, ale nigdy mu nie wybaczę. Kiedy emocje opadły, obaj próbowali się ze mną skontaktować. Jednak nie jestem jeszcze na to gotowa i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Czytaj także:Zaszłam w ciążę z młodym kochankiem. Nie powiem mężowiDopiero po śmierci żony pogodziłem się z jedynym synemKiedy spalił się nam dom, dowiedzieliśmy się na kogo możemy liczyć Przez lata tęskniłam za nią i wierzyłam, że wróci. Potem próbowałam zapomnieć, że w ogóle istniała. I nagle ona znów pojawiła się w moim życiu. Niestety na krótko.... Miałam trzy miesiące, gdy od nas odeszła. Nikt nie wiedział dokąd... Moja mama wyszła z domu dwadzieścia dwa lata temu. Zostawiła na blacie kuchennym pokrojony makaron, w garnku gotujący się rosół. Mięso na kotlety dopiero się rozmrażało, więc widocznie zapomniała je na noc wyjąć z zamrażalnika. Ja miałam dopiero trzy miesiące. Płakałam, bo mi wypadł smoczek Ojciec usłyszał ten mój płacz już na parterze i o mało nóg nie połamał, tak gnał na trzecie piętro. Mówił, że tego dnia, od rana miał złe przeczucia… Mama niczego ze sobą nie zabrała, nawet dokumentów. Wyglądało to tak, jakby na chwilę zeszła do sąsiadki albo do kiosku. Tym tropem szło śledztwo, przynajmniej na początku; podejrzewano, że może ktoś zadzwonił, ona otworzyła drzwi i została porwana albo wepchnięta z powrotem, zgwałcona, zamordowana, a później wywleczona, żeby się pozbyć ciała. Ale to się nie trzymało kupy, bo w domu był porządek, żadnych śladów jakiegoś szamotania czy walki. Więc kombinowano inaczej: wybiegła po coś do sklepu i wpadła pod samochód… Kierowca spanikował i gdzieś ją wywiózł, kiedy się zorientował, że nie żyje. Potem się pozbył zwłok i koniec! Były także inne teorie i spekulacje. Plotkowano, że miała kochanka i z nim uciekła, że zwyczajnie robiła tatę w konia, zdradzała go, aż wreszcie go olała na dobre. Ale to miało słabe uzasadnienie w faktach; nie zwiałaby przecież bez dowodu i innych papierów! Jednak najdziwniejsze było coś innego… Przy tym pokrojonym w łazanki makaronie leżała mamy obrączka Szeroka, złota z wygrawerowaną datą ślubu i inicjałami rodziców. Czy ją zdjęła, bo po prostu przeszkadzała jej w zagniataniu i wałkowaniu ciasta, czy zrobiła to specjalnie, żeby dać tacie jakiś znak? Nie było wiadomo… Tata jej szukał jak wariat. Długie lata wierzył, że wróci. Każde moje imieniny, urodziny, każde święta, a już szczególnie Wigilia były czasem nadziei. – Mamunia na pewno o nas nie zapomniała – mówił. – Może jest chora? Może gdzieś za nami tęskni, ale nie wie, jak tutaj wrócić? – Tato, a może ktoś ją zaczarował? – pytałam, bo w bajkach tak się przecież zdarzało. – Może ktoś ją więzi w jakimś zamku, a ona nie potrafi się wydostać? – Pewnie, że tak może być! – odpowiadał. – Ale wróci. Zobaczysz. Zbliżają się święta i teraz już na pewno będzie z nami. Otworzysz rano oczy, patrzysz... A tu mama! To dopiero będzie radość! Ojciec nawet się nie domyśla, jaką mi zrobił krzywdę takim gadaniem Wychowywał mnie razem z babcią, czyli swoją matką w takiej drżączce. Całe moje dzieciństwo i całe dorastanie było czekaniem na mamę i kolejnymi rozczarowaniami, że znowu się nie pojawiła. Dziwię się, że wyszłam z tego normalna, że jakoś się obroniłam przed tym widmem, które czaiło się w każdym kącie. To trwało wiele lat. Dopiero w okresie dojrzewania moja miłość i tęsknota za mamą przerodziła się w żal i złość na nią. Byłam wściekła, że mnie tak okrutnie zostawiła. Postanowiłam więc o niej zapomnieć. Przestałam z kimkolwiek o niej rozmawiać. Tak długo się awanturowałam i płakałam, aż przerażony tata pozwolił pochować wszystkie jej fotografie. Wielki portret powiększony z legitymacyjnego zdjęcia zniknął ze ściany. Inne pamiątki, książki, duperele leżały w pudłach na pawlaczu. Nareszcie moja mama naprawdę od nas odeszła! Na jawie – odeszła. Za to dręczyła mnie w snach. Prawie każdej nocy przychodziła do mnie i zostawała, dopóki nie otworzyłam oczu Nie było na nią sposobu. Raz była młoda i śliczna. Raz stara i gruba. Ale zawsze wiedziałam, że to ona, nawet wtedy, gdy mi się śniło, że ją widzę w tłumie na ulicy, że ją mijam w gromadzie innych ludzi, albo stoję na przystanku i czekam na autobus, a ona odjeżdża tym, do którego ja nie wsiadłam. Widziałam jej twarz za szybą, uśmiechała się albo była smutna, a ja goniłam ten autobus, wiedząc, że i tak nie dam rady! Wolałabym, żeby umarła i żebym o tym wiedziała. Ale ona mnie porzuciła i tego nie umiałam jej wybaczyć! Miałam z tego powodu straszne kompleksy; uważałam się za głupią, nudną i brzydką. Zewsząd słyszałam, że matki kochają swoje dzieci nawet wtedy, gdy są niegrzeczne, chore albo upośledzone. Skoro więc moja mama ode mnie uciekła, to jakim musiałam być potworem, jakie budzić w niej obrzydzenie, czy wręcz nienawiść? Przez to, że tak źle o sobie myślałam, nie umiałam znaleźć ani przyjaciół, ani chłopaka. Narzucałam się, płaszczyłam przed nimi, we wszystkim im ulegałam, potakiwałam, a kiedy zaczynali mnie lekceważyć stawałam okoniem i żądałam szacunku! W końcu uznali więc, że mam nierówno pod sufitem i omijali mnie szerokim łukiem! Życie jest jednak pełne niespodzianek Raz ktoś się niespodziewanie gubi, a potem nagle odnajduje! Zauważyłam, że mój tata od kilku dni chodzi jak struty, mało się odzywa, wygląda, jakby miał jakieś zmartwienie. – Co ci jest? – zapytałam. – Widzę przecież, że coś ci leży na wątrobie? Zrobiłam coś nie tak? – Nie, nie chodzi o ciebie, córeczko. – To, o kogo? Wtedy dał mi ten list... Pisała do nas dyrektorka Domu Opieki w odległym województwie. Wyjaśniała, że nasz adres i dane dostała od jednej z pensjonariuszek, która twierdzi, że jest naszą bliską krewną. Ściślej mówiąc: żoną i matką. Była znana pod zupełnie innym nazwiskiem, ale odkąd ciężko zachorowała i kiedy jej stan się bardzo pogorszył, upiera się, że jest kimś zupełnie innym. Prosi o nawiązanie kontaktu z rodziną i o przyjazd swojej córki, to znaczy – mnie! O niczym innym nie rozmawia, więc ta dyrektorka zawiadamia nas o zaistniałej sytuacji i czeka na informację, co postanowiliśmy? Dodaje jeszcze, że ta ciężko chora kobieta chce wyjawić jakąś tajemnicę, ale może to zrobić tylko wówczas, kiedy porozmawia z odpowiednią osobą. Nie wie, czy nadal mieszkamy tam, gdzie dawniej, ale jej podopieczna tak błaga o pomoc, że postanowiła zaryzykować. Na razie, nikogo poza nami nie zawiadamia o tej sprawie. – Co o tym sadzisz? – mój ojciec był wyraźnie skołowany. – Można jej wierzyć, czy to jakaś ściema? – Nie dowiem się, dopóki z nią nie pogadam. – Chcesz tam jechać? Naprawdę? – Jak tylko załatwię sobie parę dni urlopu. Dasz mi samochód? – Może ja też pojadę? – Nie ma mowy! Jeśli to ona, chcę z nią być sama! Przez dwa dni do wyjazdu nie mogłam nic przełknąć. Byłam jak na haju, instynkt podpowiadał mi, że naprawdę spotkam się z moją nigdy niewidzianą matką. Wszystko we mnie krzyczało… Nie ze szczęścia, tylko ze strachu, kogo zobaczę i jak na nią zareaguję? Nie spodziewałam się, że jest taka mała i drobna Na wąskim tapczaniku wyglądała jak dziecko. Dopiero kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że ma twarz w zmarszczkach i zupełnie białe włosy. Nie skończyła jeszcze czterdziestu pięciu lat, a wyglądała jak staruszka! Od razu wiedziałam, że to ona! Miałyśmy taki sam nos i usta. Oczy również jasnoniebieskie, tylko u niej zmęczone i przygasłe. Spojrzałam na jej dłonie i od razu zauważyłam, że środkowy palec prawej ręki mamy identycznie skrzywiony, a mały palec tak krótki, że ledwie sięgał do połowy palca serdecznego. Nie potrzebowałam innych dowodów. To na pewno była ona. Po raz pierwszy w życiu widziałam swoją matkę i nie miałam pojęcia, jak się zachować – co powiedzieć, podać jej rękę na powitanie, czy ją pocałować...? Stałam jak słup soli i patrzyłam. Za to ona wiedziała, co robić. Jakby sobie wszystko już dawno zaplanowała, ułożyła; każde słowo, jakby przemyślała sto razy, zanim je wypowiedziała. Żadnych powitań, łez, wyjaśnień nie było. Od razu wypaliła z grubej rury! – Masz brata. Młodszego. Nie wiem, gdzie jest i czy w ogóle żyje, ale dam ci namiary na szpital, w którym go urodziłam i zostawiłam. Jest już pełnoletni, więc będzie ci łatwiej szukać. – Skąd wiesz, że będę szukała? – Będziesz. I twój ojciec też będzie szukał, jak się dowie. – A co on ma z tym wspólnego? – Jak to, co? To jego syn! – Nic nie rozumiem… – Kiedy się zorientowałam, że znowu jestem w ciąży, chociaż jeszcze się nie wygoiłam po twoim urodzeniu, wyszłam z domu tak, jak stałam. Dzisiaj pewnie by mnie leczyli na depresję po porodzie, wtedy myślałam o sobie „potwór nie – matka!”, bo bałam się ciebie, nie lubiłam, jak wrzeszczysz, nie chciałam cię dotykać, brzydziłam się twoich pieluch, nawet chciałam, żebyś umarła. Nie mogłam się zmusić do kochania… Tylko jak ojciec był w domu, udawałam, że wszystko jest w porządku, ale kiedy szedł do roboty, a ja zostawałam z tobą sama, aż się trzęsłam ze strachu, że trzeba cię będzie karmić i brać na ręce. Nawet różne straszne myśli mi do głowy przychodziły, kiedy płakałaś… Chciałam cię utulić, ale nie mogłam. Watę sobie do uszu wpychałam, żeby nie słyszeć, ale i tak ten twój krzyk mnie przewiercał na wylot. – Mogłaś iść do doktora! – Dużo później się dowiedziałam, że innym kobietom też takie coś się zdarza. Wtedy myślałam, że tylko ja jestem podła i nienormalna. – Planowałaś, że mnie zostawisz? – Nie. Czekałam, aż mi przejdzie. Miałam nadzieję, że tak się stanie. Ale wtedy zaszłam w ciążę drugi raz… – Nie chciałaś już mieć dzieci? – Drugie dziecko było dla mnie katastrofą! Mogłam albo wyskoczyć z okna albo uciec od tego wszystkiego. Więc uciekłam... – Dokąd? – Przed siebie. Wcale nie tak trudno się zgubić. Wszystko można załatwić; i papiery nowe, i ubranie, i kąt do spania. Najłatwiej udawać przy tym trochę stukniętą, wtedy wszystko uchodzi. Ja udawałam do niedawna i miałam święty spokój! Zresztą, może naprawdę mam coś nie tak z głową? – Z czego żyłaś? – Różnie. Ale nigdy nie z kurewstwa! Chłopów nie lubię, brzydzę się nimi. -– Jednak musiałaś pracować? – Ciężko pracowałam, ale zawsze tam, gdzie można było schować się przed ludźmi; u zakonnic w ogrodzie, jako salowa w psychiatryku, u różnych gospodarzy w sezonie owocowym... Na forsie mi zbytnio nie zależało; byle było gdzie głowę w nocy przytulić. Ale najlepiej mi tutaj, tylko choróbsko mnie zjada i dlatego cię tu ściągnęłam. – A ten syn, niby mój brat... – Wcale nie „niby”. Prawdziwy brat. Z jednego ojca i z jednej matki. Najprawdziwszy! – To co z nim zrobiłaś? – Zrzekłam się go. Podpisałam jakieś papiery, które podsunęli mi w szpitalu i byłam wolna. Całe lata o nim nie myślałam. Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że tobie jest lepiej niż jemu, bo masz dobrego ojca, który cię kocha, a on… Bóg jeden wie, gdzie trafił. Może do sierocińca, tak jak ja kiedyś? I morduje się tak, jak ja! Sumienie mnie zaczęło dręczyć. – Trzeba go było samej szukać! Albo wrócić do nas i przyznać się tacie do wszystkiego. – Żeby mnie zabił?! On, taki spragniony dużej rodziny i kupy dzieciaków miał się ode mnie dowiedzieć, że jedno dziecko porzuciłam, a drugie oddałam, jak szczeniaka jakiegoś? Bałam się. Albo jeszcze gorzej… Żeby mi wybaczył, a potem znowu chciał ze mną spać? – Teraz się nie boisz? – Teraz nie. Może się wściekać, ile chce, mnie to już nie dotyczy. Wystarczyło na nią spojrzeć, żeby zrozumieć, że ma rację Ledwo oddychała. Była jak dopalająca się świeczka; jeszcze się tliła, ale wiadomo było, że odchodzi. Nic nie czułam. Żadnego żalu. Zostałam przy niej do końca. Mój ojciec nie przyjechał na jej pogrzeb. Źle się poczuł, kiedy mu powiedziałam przez telefon, że czeka go poszukiwanie syna, o którym nie miał pojęcia. Kiedy wróciłam do domu ledwo do siebie dochodził po tym wstrząsie. Tata nigdy nie związał się z żadną kobietą. Miewał romanse i różne przygody, ale chyba nie na tyle poważne, żeby ułożyć sobie życie od nowa. Dopiero teraz zrozumiałam, jak kochał moją matkę i jakim szokiem dla niego była prawda o niej. O nic mnie więcej nie pytał; ani jak wyglądała, ani co mówiła, ani pod jakim nazwiskiem ją pochowałam i co w ogóle załatwiłam. Ja też się nie wychylałam, bo prawdę mówiąc, co miałam gadać? Że cały czas czekałam na jakieś serdeczniejsze słowo od niej i się nie doczekałam… Że pragnęłam, aby mi powiedziała, jak tęskniła za mną i jak mnie jednak kocha? Że chciałam się do niej przytulić, ale nie mogłam, tak, jak ona nie mogła mnie tulić, kiedy byłam niemowlakiem. Nie miałam do niej żalu, chociaż żałowałam, że ją widzę, bo wolałabym, żeby mi się tylko śniła… Ale to wszystko zostawiłam dla siebie. Muszę oszczędzać mojego tatę, bo czekają go teraz ciężkie chwile. Musi odnaleźć własnego syna, co może być bardzo trudne, a może nawet niemożliwe. Będę mu pomagała z całych sił. Może nam się uda jakoś skleić naszą rodzinę? Ania, lat 23 Czytaj także: „Moja 17-letnia córka wpadła. Musieliśmy zająć się wnuczką, bo młoda mama wolała imprezy i alkohol" „Urodziłam dziecko z gwałtu, bo rodzice nie zgodzili się na aborcję. Gdy patrzę na twarz Adrianka, widzę mojego oprawcę" „Na kolanach błagają, by oddać im dzieci. A potem one znów lądują u nas we łzach i siniakach…”

brzydzę się żony po porodzie